
Po 2016 roku zniknęłam z socjal mediów na prawie 8 lat. Wrzucałam jeszcze pojedyncze zdjęcia czy artykuły aż do 2019, ale to było podrygiwanie nieboszczyka. Wróciłam tak prawdziwie dopiero w 2024 roku, zaczynając od Wattpada. Ale kto z pomarańczowej platformy korzysta ten wie, że by znaleźć czytelników, trzeba się nieźle spocić. No więc, postanowiłam przełamać swoje blokady i dzięki wsparciu ludzi powoli wracałam do socjal mediów.
Jakież było moje zdziwienie.
Zniknął Instagram, który znałam w 2016 roku. Nagle przestały obowiązywać hashtagi, rozpoczęło się dbanie o feed. Rolki, relacje, okładki, jakieś estetyki. Nagle przestało się liczyć o czym mówimy, tylko jak mówimy. A właściwie to, co się klika, czyli gównoburze, kontrowersje, awantury.
Awantury były w 2016 roku, ale były… cóż, inne. Bo ktoś kogoś okradł (bo za mocno się zainspirował albo wprost, po prostu ściągnął estetykę czy pomysł). Dzisiaj? Wszyscy wiemy, że socjale żyją na wtórności. Coś się wybije, to zaraz kilka osób to powiela, a po nich kolejne, i tworzy nam się dziwna piramida algorytmowa.
Walczymy o uwagę, bo nagle wszyscy tworzą. Przestaliśmy cieszyć się i dzielić się tym, co tworzymy, tylko walczymy o ilość gwiazdek, serduszek, lajków, repostów, udostępnień. Nie ma już zdjęć, chaosu codzienności. Nie ma… nas.
Monetyzacja
Bo nagle modne stało się przewartościowanie ile zarabia się na tym, co się robi. Nieważne, że robi się to dla przyjemności, bo ważniejsza jest mamona. Po co coś robić, skoro nie ma się z tego zysku?
Moje hobby generuje same straty, bo nie pytajcie, ile kosztują wszystkie subskrypcje do tworzenia/pisania.
Kiedyś były czasy, teraz nie ma czasów.
Nie, nie będę narzekała, że kiedyś to było i srutu, jestem smerfem-marudą z pokolenia milenialsów. Świat biegnie do przodu, wszystko się zmienia. Ja też nadgoniłam zmiany, dostosowałam się do trendów, znalazłam swój własny głos w internecie i odkryłam, że… mam kaganiec.
Algorytm to bardzo kapryśna koleżanka. Raz szepnie dobre słówko, a raz obgada za dupą do trzech pokoleń wstecz. Raz rzuci nam virala, a raz zamknie w piekiełku 300 wyświetleń (i to nie raz, ale trwamy przy niej jak w syndromie sztokholmskim).
Bada-bum, ktoś się wkurza i rzuca to w cholerę. Znika z socjali, przestaje publikować. Robi swoje, tyle że po cichu, ale współcześnie daleko się nie zajdzie (da się, ale jest trudniej), jak robi się po cichu. By być zauważonym, trzeba dać się zauważyć (bo chociaż nie zarabiamy na tym, co robimy, to fajnie jest dostać informację zwrotną, że jednak się podoba to, co robimy).
Więc… trzeba wrócić i próbować zakolegować się z popular-girl (algorytmem). Wchodzimy głęboko w cztery litery. Zmieniamy udostępniane treści. Nagle zamiast „kill” czytamy u kogoś „unalive”, bo algorytm nie lubi słowa kill. Nie lubi wielu słów, więc używamy szyfrów, żeby szuczna-głupia-inteligencja tego nie rozgryzła. Tyle że przez to odbieramy ważności temu, co jest ważne.
Bo ktoś nie zrobił „unalive” kilkuletniej dziewczynki. Bo dzieci w szkole nie robią self-dekonstruction. Nagle mówienie o poważnych rzeczach sprowadziło się do gry słownej, żeby ta popular girl nie usłyszała, że używamy słowa, którego ona nie lubi.
I poważne problemy przekształcają się w hieroglifową grę. Bardziej skupiamy się na tym, jak ktoś coś zaszyfrował, a nie na tym, co mówi. A jak mówi wprost? Ginie w piekiełku 300 wyświetleń.
Albo wręcz przeciwnie, używamy słów, które ona uwielbia.
Nienawidzę.
Nagle zwykła niechęć do danych tropów, zachowań lub motywów zostaje przekształcona w nienawiść. A to? To bardzo mocne wyrażenie. Chyba jedno z najsilniejszych w języku polskim, i nie tylko. Nie bez powodu zastosowaliśmy je w „mowie nienawiści”, czyli mowie przemocy, hejtu, prześladowań, krzywdzenia drugiego człowieka.
Jak się to ma do „nienawidzę enemies to lovers”?
Czy chcemy zrobić komuś krzywdę tylko dlatego, że to lubi? Prowadzimy kampanię przeciwko książkom/filmom z tym motywem? Linczujemy ludzi na ulicach? No nie, bo tylko nie lubimy tego motywu, ale algorytm woli, kiedy mówimy ostrzej.
Staliśmy się niewolnikami algorytmu, tej popular girl, byleby nie pozostać w strefie szarych myszek i dać się zauważyć. Może nie wejść na szczyt, ale być zauważonym.
A skoro wszyscy tworzymy, to nagle wszyscy stajemy na rzęsach, by być kolegą tej jednej, jedynej królowej pszczółek. Więc prześcigamy się w próbie jej zadowolenia, spełnienia wymagań i oczekiwań. Wszystko dla kilku minut sławy w postaci virala.
dziękuję za uwagę, a teraz ubieram kaganiec i idę hieroglifować te kilka słów, żeby dotrzeć do nowych czytelników
Dodaj komentarz