
Tęsknię za czasami, kiedy złodziejstwo musiało być kreatywne. Bo przepisywanie zadania domowego, żeby „facetka się nie kapnęła” wymagało jednak myślenia. Dzisiaj? Dzisiaj mamy narzędzie, które jest już nawet nie wytrychem. Jest kluczem do wszystkich drzwi. Wystarczy napisać…
Hej chat!
I już, jesteśmy w stanie przekopiować wszystko.
MY. Ludzie. Zawsze uważałam, że język kształtuje rzeczywistość wokół nas i to jak ją opisujemy, wpływa też to, jak ją odbieramy. Wspominałam wcześniej o degradacji poważnych pojęć i piśmie hieroglifowym dla zasięgów. Teraz powiem coś o zjawisku, jakim są białe rękawiczki.
Bo pamiętaj, to
AI ukradło.
Nie człowiek, który siedział przy klawiaturze. Nie istota żywa, która przekopiowała i wrzuciła w maszynkę z promptem „przemiel i wysraj kotleta mielonego”. AI ukradło, chociaż jest tylko programem. Nie jest nawet inteligencją, tylko zwykłym programem, ciągiem liczb. Przypisujemy mu całe zło w świecie twórczym, a jednocześnie ci, którzy są temu winni, śmieją się. Dlaczego? Bo są poza naszym zasięgiem. Dlaczego? Bo to duże ryby. Wszyscy korzystamy z ich dobrodziejstwa, bo to oni tworzą algorytm i socjal media.
To ONI nakarmili ten program cywilizacyjną spuścizną, a jednak, ręce mają czyste.
To nie tak, że to zjawisko plagiatowania nowe. 12 lat temu byłam świadkiem batalii, podczas której 13-letnia dziewczynka splagiatowała 21-letnią studentkę. Jej blog, jej fanfiction o Naruto, został przerobiony na pełnoprawną powieść o ninja w Japonii (czy jakoś tak, szczegółów nie pamiętam przez upływ czasu). Wymagało to wysiłku, który zakończył się wydaniem powieści.
Powieści, o której prawa później walczyła prawowita twórczyni. Jeśli myślisz, że kwestia: złodziej-ofiara jest łatwy do rozgraniczenia, to mylisz się. Bo te 12 lat temu prawowita autorka została ofiarą cyberprzemocy właśnie dlatego, że zaczęła walczyć o SWOJE prawa do SWOJEJ powieści.
Blame victim, jeśli wiedzie o co chodzi. Gdzieś nawet mam archiwum tej sprawy, bo pisałam o nim na poprzednim blogu /i możliwe, że wrzucę niedługo/.
Do czego zmierzam? Bo widzicie, przy oczywistej kradzieży – bo nazywajmy sprawę po imieniu – oberwało się twórczyni. Społecznie. Bo przecież uczepiła się 13-letniej dziewczyny; bo narracja dziecka złapała za serce. Myślicie, że współcześnie jest lepiej? Że powstały programy anty-plagiatowe i łatwo to wyłapać?
Oj, chciałabym, żeby właśnie tak było.
VICTIM BLAMING
Czyli o tym, jak twórcy zostają okradzeni przez kogoś w białych rękawiczkach i potem muszą się bronić przed oskarżeniami o plagiat. A raczej… pisane z AI. Bo dzisiaj by splagiatować wystarczy zrobić zdjęcie czy zrzut ekranu. Technologia pozwala sczytywać to, a jednocześnie nie pyta o autora.
Co się dzieje z wrzuconym tekstem? Trafia do baz danych. Do tych baz danych mają dostęp detektory AI. I oryginalny twórca sprawdzając swoją historię, widzi ileś tam % AI. Przed kim musi się z tego tłumaczyć?
Przed społecznością. Ponownie. Został okradziony, wrzucony do maszynki mielącej wszystko i teraz musi udowodnić, że ten kawałek mięsa wcześniej był schabem, a nie mielonym.
LUDZIE
… są problemem w tym wszystkim. Bo AI nie podpisuje sobie autorstwa, nie fałszuje timelapsów, warstw. Nie tworzy dowodów „autorstwa”. Ono wykonuje polecenie, które zaczyna się słowami…
Hej chat!
Dożyliśmy czasów, kiedy wszyscy tworzą. A jednak, nadal mamy twórców jak Francis Scott Fitzgerald, albo Zelda Fitzgerald. Kto tak naprawdę napisał Wielkiego Gatsby’ego? Możemy się już tylko domyślać i kłócić.
Teraz też wrzucając tekst w program sprawdzający AI możemy tylko domniemywać winności albo niewinności autora: napisał z chatem czy ktoś przemielił jego twórczość w nieudolnej próbie plagiatu? Oto jest pytanie.
Po co więc wrzucać w internet, skoro w internecie łatwo o kradzież intelektualną? To dalej victim blaming /droga autokorekto, nie mówię o victim flaming/. Dlaczego obwiniamy kogoś o to, że chciał się pochwalić? Osiągnął coś i to brutalnie zostało mu odebrane przez krótką komendę zaczynającą się… no właśnie.
Nadchodzą brutalne czasy dla twórczości. Możliwe, że nadeszły już odpowiednio wcześniej, a ja to przegapiłam. Może. Może nie, może najgorsze dopiero przed nami: AI robi się coraz mądrzejsze, bo coraz bardziej go szprycujemy informacjami. Programy dekodujące użycie AI stają się dokładniejsze, a jednocześnie: nadal ślepe. Bo co było pierwsze: historia czy baza danych?
Z tym gorzkim pytaniem pozostawiam Was na resztę dnia.
Dodaj komentarz