Photo by Caleb Fraze on Unsplash

Storytime:

W 2024, po napisaniu kilku powieści do szuflady bez czytelnika, postanowiłam wyjść z niej i pojawić się na Wattpadzie. Jako że poprzednie historie wydawały mi się zbyt ważne, zdecydowałam się publikować coś, co będzie typowo pod Wattpada*. Rozpoczęłam pracę nad Antykwariatem Dusz.

Powieść powstawała od kwietnia do czerwca, potem tom drugi, trzeci i… I o ile tom trzeci napisałam na długo przed rozpoczęciem publikacji, tak przy pozostałych dwóch czułam czytelniczy oddech na karku.

Rok 2026.

Ostatnio usiadłam do Antykwariatu Dusz i odkryłam, że… że historia mi się nie podoba. Wątki, które planowałam, potoczyły się w zupełnie niewłaściwą stronę. Tytus miał redemption-arc, który pojawił się z przysłowiowej „dupy”. Dobrochna też miała wyjść inna, wątek z Gawłem i Heleną w ogóle powstał po to, by powieść nie skończyła się po 13 rozdziale.

Wtedy nie miałam pojęcia, jaka jest optymalna długość; nie czułam, że wydarzenia między 13 a 19 rozdziałem są niepotrzebne i że…

… że to nie jest moja historia.

No tak, ja ją napisałam, ale jednocześnie wiele wątków i motywów poszło w nieplanowaną stronę. Dlaczego? Zaczęłam się nad tym zastanawiać, spoglądając na inne powieści.

Latte. Też miała mieć inny kształt, ale tutaj akurat jestem zadowolona, że odbiłam w przeciwną stronę. Gdy Woda pokocha Skałę? Uwielbiam tę historię, ale ona też miała wybrzmiewać zupełnie inaczej.

Przejdę do meritum.

Antykwariat, Latte, Woda pokocha Skałę… te powieści miały jedną wspólną cechę. Miały czytelników, nim skończyłam je pisać. Myślałam, że nie jestem podatna na uwagi i pobożne życzenia innych, a tu się okazało, że to nie do końca prawda. Gdzieś tam wątpliwości drążyły skałę na tyle, że zaczęłam zakręcać z fabułą. Najbardziej to widać w Antykwariacie Dusz, który… no cóż. Popłynął za bardzo z nurtem.

Beta-czytelnicy, nawet najcudowniejsi na świecie, mają wpływ na to, jak kształtujemy historię. Może nam się wydawać, że jesteśmy odporni na ich uwagi, bo to przecież „nasze” story. Ale ulegamy ich wpływom i sugestiom. Czy to źle? Absolutnie. Dzięki Amie, która kręciła nosem na początek Skrzydeł Burzy, usiadłam do tekstu i zaczęłam go rozpisywać, przez co rozbudowałam wiele wątków, zrobiłam lepsze wprowadzenie do świata, nie spieszyłam się z fabułą i powstała całkiem przyzwoita dylogia.

Nadal moja? Ano dalej moja. Bo historia była skończona, nim Ama do niej usiadła. Nie powiedziała mi, że fajnie by było, jakby ta postać przeżyła, a tamta zasługuje na taki los, a ten wątek jej się nie podoba. Powiedziała, że mogę lepiej: że za szybko, zbyt spłaszczone i jednocześnie przeciągnięte w złych miejscach. Nie powiedziała gdzie (w sposób dokładny, że tu, o tutaj inaczej to ujmuj), dlatego to JA podjęłam decyzję, co idzie do kosza, co rozpisuję i jaki będzie finalny kształt.

Z których jestem dumna?

To dziwnie zabrzmi, ale najbardziej dumna jestem z tych historii, które napisałam sama. Mówię o tych, przy których nie miałam spekulacji, życzeń i pragnienia zadowolenia czytelnika. Miałam bety, a jakże, miałam czytelników, ale zakończeniu pisania. Po uwagach i sugestiach nadal pracowałam nad tekstem, głos czytelnika nadal miał znaczenie, ale całościowo zmiany powstały za zamkniętymi drzwiami. I to już po napisaniu.

Splugawiony Chłopiec. Błoto, miłość i brak zasięgu. Skrzydła Burzy. Archiwum Dusz (nowa wersja Antykwariatu Dusz). Czy nawet rozpoczęty Zupełnie zwyczajny tropiciel.

Kiedy cudze oczekiwania zaczynają pisać twoją historię

Jedni autorzy publikują w trakcie pisania. Tworzą na bieżąco, dzień po dniu, wrzucając rozdział chwilę po napisaniu. Inna grupa tworzy do pliczku, gdzie beta-czytelnicy gnają do przeczytania historii i pozostawienia uwag. Nieliczni tworzą w zaciszu, by potem zostawić informację, że szukają zainteresowanych rozdziewiczeniem tekstu.

Podczas poprawek Antykwariatu Dusz, a ostatecznie podjęciu decyzji o napisaniu go od nowa, całkowicie w zgodzie z sobą zaczęłam się zastanawiać: ile przeczytanych przeze mnie powieści powstało w całkowitej zgodzie z Autorem? Ile zmian wprowadzili czytelnicy: odgadując plot-twist za szybko, lubiąc jakiegoś bohatera lub nie lubiąc jakiegoś wątku?

Rozumiem potrzebę walidacji – poparcia, że hej!, powieść jest fajna; to, co robię, ma sens! Też ją miałam przez długi czas, ale… No właśnie. W pewnym momencie przestałam to robić. Przestałam sugerować się zainteresowaniem czytelników na to, czy historia jest godna dokończenia.

Złam mnie dobrze miało kilku beta-czytelników, żaden nie dotarł do połowy. Uwierzyłam, że historia nie jest wystarczająco dobra, by ją kończyć. No… może nie, nie uwierzyłam. Sama sobie to wkręciłam.

Reportaż Naiwności. Porzuciłam projekt, bo moja beta miała uwagi. Słuszne uwagi, ale sama przed sobą muszę przyznać, że powinnam je dostać po zakończeniu projektu. Nie przed. Wtedy nie sabotowałabym pisania końcówki i nie porzuciłabym powieści na kilka rozdziałów przed ostatnią kropką.

Dzika Córka? Powieść, której też żaden beta-czytelnik nie doczytał, a ja sama miałam problem ją skończyć. Pisałam rok (co daje jej drugie miejsce pod kątem długości pisania) i wiem, że będzie wymagała przepisania wielu fragmentów. Nie dlatego, że jest zła. Dlatego, że ja sama się męczyłam z ciężarem scen jako autor, a co dopiero jako czytelnik. Jeśli ktokolwiek uważał, że Pożeracz Dusz jest ciężki klimatycznie i bardzo grimdarkowy, powinien zobaczyć Dziką Córkę, która wgniata w ziemię.

Dlaczego o tym piszę? Bo gdzieś po drodze zaczęłam znów tworzyć do szuflady, by wyjść z gotowym projektem. Łatwiej mi jest poprawiać i nadal być dumną z historii po ich zakończeniu, kiedy wątki są już splecione, bohaterowie mają funkcję i zmiana będzie kosztowała więcej niż kilka poprawek.

Popełniłam ten błąd przy Antykwariacie Dusz. Błąd, który przeciągnął się na Kolekcjonerkę i Pożeracza. Dlatego piszę trylogię od nowa. Inną. Zupełnie inną. Dojrzalszą o moją wiedzę o pisaniu; o doświadczenie, które nabyłam przez ostatnie dwa lata. Moją. Zgodną z tym, co mam w sercu.

To wina czytelnika?

Nie.

Powinno to wystarczyć, ale wiem, że to za mało.

Nikt nie narzucił mi poprawek. Nikt nie stał nade mną z batem i nie zmuszał do pisania pod jego komendę. To JA decydowałam o zmianach, ale dopiero po czasie widzę, ile z nich faktycznie jest moja, a ile to próba zadowolenia kogoś. Bo piszemy, by być czytanymi, prawda?

I to nie tak, że nawołuję do pisania do szuflady i odcięciu się od zewnętrznych głosów. Piszę o tym wszystkim jako przypomnienie i pokazanie na moim przykładzie, że są głosy, które pomagają i są też takie, które zagłuszają własny.

Dziękuję DianaSullivan i NieposlusznyPomiot za pomoc.

Dodaj komentarz

Odkryj więcej z Nuadell

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej